Obserwatorzy

niedziela, 3 lutego 2013

Pewnego upalnego dnia przyniosłam do domu małe kocię…


Kocię było bardzo przerażone: nowe miejsce, zapachy oddzielony od siostry, i zastępczej mamy. Czyli Pani doktor, której pewna pani zaniosła oseski znalezione na działce. Lecz zamiast uśmiercić Pani Kinga znalazła im domy.
Kociak, jeszcze bezimienny na początku chował się za tapczanem. Gdy przyszedł Adam był mocno zdziwiony obecnością kota, oraz tym, ze kot ma wszystko od misek, jedzenia, transporter… wprawiło Adama w zdumienie.
Kocie dziecko szybko się zaklimatyzował, 



jednak dalej nie miał imienia, aż pewnego dnia gdy kontemplował nad miską sobie, ja podniosłam go w celu przytulenia. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym złości, uszy do tyłu był ciężki… bo się opił… no i tak oto dostał imię: OpiłekJ, a że z Adamem na chyba prawie wszystko musieliśmy mieć zdanie odmienne Adam wymyślił kotu drugie imię: Maurycy. Nawet w książeczce zdrowia ma Opiłek Maurycy czy na odwrót…
Mój pupilek miał wspaniały charakter, dostojny wyważony… a jednocześnie taki słodki i kochany. A jaki on mądry był… Mam kilka śmiesznych zdjęć z nim… uśmiecham się gdy je widzę, a i łezka w oku się zakręci…









Po śmierci Adama był moim jedynym towarzyszem… witał mnie od progu, zupełnie jakby pod moją nieobecność cały czas wpatrywał się w drzwi kiedy przyjdę.
Mimo, że miał smycz i szelki nie lubił spacerów, ja jednak chciałam mu wynagrodzić, że nie może jak inne koty wychodzić i wędrować sobie. Opiłek za dnia się bardzo bał, jednak późną nocą odzywał się w nim mroczny łowca i inaczej widział spacerki.
Nie miał dwóch lat jak zauważyłam, że coś z nim nie tak. Inni mówili: to piękny kot, wykarmiony. Tak, ale ja wiedziałam że z nim cos nie tak, a z czasem było coraz gorzej, i gorzej… w końcu zaniosłam go do weterynarza, który powiedział, że mimo powiększonej temperatury nie widzi u kota nic poważniejszego i jeśli naturalnie mam ochotę mogę przyjść później na badania. Wyszłam wkurwiona! Przecież ja wiem, że skoro mój wiecznie głodny kot nie chce jeść, ani bawić się z „czarną mańką” tak miała na imię kotka którą hotelowaliśmy. Przyszłam jak był drugi wet. Stwierdził żółtaczkę, zrobiliśmy test na FIV ale to wykluczyliśmy.
W końcu zmieniliśmy klinikę… Opiłek dwa i pół tygodnia był ratowany. Zrobiliśmy wszystko by żył. Wierzyłam do samego końca. Modliłam się wierzyłam w cud. - kurwa kim ja jestem by decydować o życiu czy śmierci jakiegoś stworzenia…- biłam się z myślami – tym bardziej jedynej najdroższej mi istoty...
Walczyliśmy robiliśmy wszystko co się da, a nawet więcej, w końcu lekarz poradził by go uśpić, zadecydowałam, że jeszcze do wieczora poczekamy, że jeszcze nie… gdy Robert niósł go na dworzec Opiłek płakał tak, że chciałam wrócić. Teraz wiem, że to był błąd. W brew wszystkiemu i wszystkim…. Opiłek był w stanie tak strasznym, że modliłam się nad nim… płakałam dotykając leciutko jego łepka. Modliłam się, wołałam z całego serca do Boga… W końcu widziałam, że to na nic. Zadzwoniłam do pani z fundacji, powiedziała bym zaniosła kota do Kończaka lub na Bydgoską, tylko mogę trafić na tego lekarza u którego Opiłek był po raz pierwszy… Miałam nawet nadzieję przy pakowaniu Opiłka do kontenera, gdy uciekał miałam nadzieję, że w kierunku miski, że zacznie jeść i pic.... łudziłam się.... Bałam się, że opiłek odejdzie w drodze do lecznicy. Nie wiedziałam kim jest Kończak. Wywlókł go z transportera, obmacał stwierdził powiększone nerki i wątrobę (to wiedziałam z usg robionego wcześniej). Kazał zanieść Opiłeczka na wagę… ważył równe 5 kilo. Nożyczkami obciął kocie futerko by podać morbital. - czy to jest Morbital? – zapytałam - tak – padła odpowiedź - ale powinien dostać środek usypiający – walczyłam… - ale to nie szkodzi, nic z tego nie będzie… - uspokajał uciszyłam się. Co miałam zrobić? szarpać się… ten kot mógł nie przeżyć drogi do innej lecznicy. Robert uspokajał mnie. Nie miałam siły kompletnie na nic. Moje zasoby wyczerpały się już. Gdy Opiłek dostał ostatni trzeci zastrzyk w mięsień sercowy, wydał z siebie dźwięk którego nie zapomnę nigdy! Umierając w pełnej świadomości. Wiem on chciał odejść, męczył się strasznie cierpiał niewyobrażalnie. Ale to co dostał na koniec… nie na takie odejście nie zasługuje żadne zwierze…. Nawet w rzeźni zwierzętom odbiera się świadomość prądem. To co zrobił Jarosław Kończak było zwykły barbarzyństwem… gdy Opiłek dostał w pełni świadomy zastrzyk w mięsień sercowy… tego odgłosu jaki z siebie wydał nie zapomnę… gdyby Roberta nie było padłabym na podłogę. Dobrze, że mnie przytrzymał… Dlaczego nic nie zrobiłam? Nie byłam w stanie. Nie miałam sił… po tym wszystkim. Po za tym Opiłek mógł odejść w drodze do następnej kliniki. Biedak… Kończakowi to nie może ujść płazem! Trzeba coś z tym zrobić… to nie może tak być! Kończak bazuje na ludzkiej nieświadomości robiąc z nich idiotów! Nie poinformował mnie co robi bo nie uznał za stosowne. Czy fakt, że człowiek obdarza tego „lekarza” zaufaniem do jego wieloletniej praktyki lekarskiej daje mu prawo do wykorzystywania go, bez najmniejszych skrupułów?! Ten „lekarz” robi co chce, nie ma skrupułów, śmieje się ludziom w twarz! Zobaczył kota i stwierdził u niego FIv (koci odpowiednik ludzkiego AIDS). - ależ ten kot był badany. - nie szkodzi to nic nie daje. Nie zapomnę jak on i (wówczas myślałam że to technik weterynaryjny) jego sprzątaczka patrząca jakby on wyssał z niej wszelaką energie. Na koniec kazał jej przy mnie i Robercie zapakować Opiłka do czarnego worka. Nie wytrzymałam. Wybiegłam z trzaskiem drzwi. Zadzwoniłam do Pani z fundacji, by powiedzieć czego byłam świadkiem, płakałyśmy obie. Ta wizyta to po prostu jakiś koszmar! Ale uświadomił mi, że my, właściciele jesteśmy winni naszym pupilom wiedzę, i uzbrojeni w nią pytajmy o wszystko. Po prostu pytajmy… dosłownie o wszystko! Bądźmy świadomi… że czasem trzeba zmienić lekarza.


9 komentarzy:

  1. Również po dwóch latach straciłam moją ukochaną kotkę. Miała kocią białaczkę. Na lekarzy trafiłam serdecznych i mądrych, ale nie było ratunku. Odeszła w trzy tygodnie. Do dziś nie mogę sobie darować,że nie było mnie przy niej kiedy umierała. Byłam w pracy, cholera. A weterynarze, cóż. Dobrze mieć zaufanego. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  2. akurat z tamtej kliniki są wspaniali lekarze. Sama miałam tam praktyki weterynaryjne i wiem. Nie to co... ale cóż tak wyszło, że on akurat był najbliżej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawie nie moglam doczytac do konca! Smierc mojego Fuselka stanela mi zywo przed oczami. Bylismy o 23.oo na ostrym dyzurze, on juz umieral, ale wetka jeszcze go przeswietlila, dala zastrzyk. Chyba po to, zeby wiecej skasowac. Agonia trwala cala noc, nad ranem odszedl w strasznych meczarniach. Nie mogla go od razu uspic, wiedzac, jaki jest jego stan?
    Wszystko jest tutaj: http://swiattodzungla.blogspot.de/2011/07/czy-pamietaszkiedy-odchodzi-zwierze.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Współczuję Ci , w takich warunkach stracić kota.
    Horror, ten wet nie miał prawa tak zabić kota...
    Takie sprawy zgłasza się do Inspekcji Weterynaryjnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak on tam jest w tej inspekcji... po za tym pani z tej fundacji wie o wszystkim a pan doktor zapijaczony ze swoją sprzątaczką dalej prowadzą gabinet. Ponoć nasze prawo pozwala na bezpośrednie użycie morbitalu, jeśli lekarz tak stwierdzi. Ja jednak czytałam w opisie środka, że tak być nie powinno. Jednak pan doktor ma ludzi za idiotów, a zwierzęta to już nie wiem za co. Opowiedziałam wszystko pani z fundacji, to jeszcze dzwonił to tej drugiej lecznicy z awanturą, że jakim prawem oni nas weterynarii uczą!
      (pewnie uważa "Bo weterynaria tylko dla elity" a ludzie to ciemna masa, którą można robić jak sie chce) On nie potrafił zwyczajnie zaszczepić kota by nie zapłakał... jak to zauważyłam to obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie pójdę do niego! Ale tym razem, było inaczej. Nie ma co gdybać, było bo już nic tego nie zmieni. ;(

      Usuń
  5. Odejście ukochanego zwierzaka, to okropne przeżycie, a jeszcze jak widzimy jego cierpienie...Sama walczyłam o życie swojej pierwszej kotki prawie miesiąc. Lekarki, do których trafiłam, robiły wszystko żeby wyleczyć moją Sofię...niestety, po miesiącu trudnej walki musiała zapaść ta jedna decyzja.....

    OdpowiedzUsuń
  6. mam do wydania karme dla kotow :)

    OdpowiedzUsuń
  7. musisz cholernie za nim tęsknić...

    OdpowiedzUsuń
  8. Smutna historia, aż się łezka w oku kręci :(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, miło mi że tu jesteś, proszę zostaw ślad po sobie, ale nie SPAMuj, komentarze: propozycje wspólnej obserwacji, łańcuszki, autoreklamę i teksty nie na temat usuwam. Ja szanuję Ciebie, więc proszę szanuj mnie, a odwiedzę Cię na pewno. Zwłaszcza jeśli masz g+ będzie mi łatwiej do Ciebie trafić gdy zostawisz adres bloga pod swoim komentarzem. Czasem mam zaległości, ale spokojnie, nadrabiam je:))
Bardzo mnie ucieszy gdy dołączysz do zacnego grona moich obserwatorów.
Życzę przyjemności!